Ochrona najcenniejszych przekazów czyli wczoraj-dziś-jutro Festiwalu w Kazimierzu

W roku 2014 zorganizowano go po raz 48. Bo dawniej to były odpusty, a teraz są festiwale – te słowa jednej ze śpiewaczek przytacza etnomuzykolog Jadwiga Sobieska w wypowiedzi o kazimierskim święcie nagranej dla Polskiego Radia po 9-tej jego edycji. Sobieska była pomysłodawczynią Festiwalu, a „ochrona najcenniejszych przekazów” jego misją, którą sformułowała. Dzisiaj ta misja jest wciąż aktualna, realizowana jest jednak inaczej niż przed laty. Nadchodzą bowiem właśnie te czasy, o których Sobieska pisała w maju 1979: Wydaje się, że w każdej sytuacji i w każdej fazie przemian muzyki ludowej zawsze pozostanie jakaś jej najgłębsza, najbliższa rodzinnej ziemi warstwa. Nie będzie uprawiana przez tzw. lud, nie będzie powszechna, będzie jednak w jakiejś mierze zachowawcza. Może pielęgnować ją będą i rekonstruować specjalne zespoły amatorskie albo profesjonalne, tak jak to czynią w stosunku do muzyki dawnej Tubicinatores et Fistulatores Varsovienses czy Capella Bydgostiensis i może tego typu zespoły będą się spotykać w Kazimierzu, i konkurować między sobą o najprawdziwszy repertuar i wyraz folklorystyczny?
Przykład nowej młodej kapeli "z miasta". Grająca co roku w Klubie Kapela Niwińskich jako Zawołany Skład Weselny, 2014.

Klub Tyndyryndy od 2008, a kategoria konkursowa „folklor rekonstruowany” od 2011 (od 2015 nazwa ma być zmieniona na „folklor - kontynuacja”) wprowadza takich właśnie wykonawców, o jakich myślała prof. Sobieska, w żywy strumień przekazu tradycji obecny na Festiwalu. Jednocześnie co roku wciąż mamy do czynienia z pojedynczymi przykładami odkrywania „nowych-starych” artystów wiejskich, którzy udanie debiutują w Kazimierzu, prezentując w spontanicznej formie i stylowo owe najcenniejsze przekazy z pierwszej ręki. Przy czym są to coraz częściej indywidualności, soliści - tego roku np. skrzypek Jan Kępa z Rawskiego czy śpiewaczki Krystyna Warkowska-Downarowicz z Węgorzewa (Baszta) i Feliksa Cierlik z Dolnego Śląska (I nagroda), rzadziej kapele czy grupy śpiewacze (grupa śpiewacza z Malinnik – III nagroda). Warto tu zauważyć rysującą się od kilku lat tendencję: ci zaskakujący i cieszący jurorów oraz publiczność leciwi zazwyczaj debiutanci – śpiewacy pochodzą w znacznej mierze z pogranicza kulturowego (z Podlasia, repatrianci), zaś debiutanci – instrumentaliści reprezentują dużo bardziej homogeniczną kulturę regionów centralnej Polski, wciąż w jakimś stopniu żywą, choć w fałszywym uogólnieniu zdarza się ją lokować po stronie bytów historycznych, a że tak nie jest świadczy także fakt corocznej obecności na Festiwalu muzykantów z Radomskiego, którzy wspomagani czasem przez lokalnych sponsorów przyjeżdżają wcale nie na konkurs i nie w celach komercyjnych, a dla przyjemności, żeby pograć do tańca w Klubie (np. świetny harmonista Tadeusz Lipiec). Nie sposób nie podkreślić, że stoi za tym wszystkim konkretna praca konkretnych ludzi – etnomuzykologów, animatorów, związanych z Festiwalem, ale także free lancerów z organizacji pozarządowych czy po prostu miłośników muzyki tradycyjnej, którzy notabene działają coraz częściej poza zinstytucjonalizowaną siecią placówek kultury. Owa sieć, na której długo wspierał się fenomen Festiwalu ulega w ostatnich latach postępującej erozji czy, patrząc z innej perspektywy, przekształceniom. Regiony, w których taka działalność utyka lub nie ma jej wcale bywają nawet w ogóle niereprezentowane na tym bądź co bądź ogólnopolskim Festiwalu. Tak było w ostatnich latach z Kujawami. Ale tego roku przypomniała o sobie Kapela spod Kowala, a także udanie zadebiutowała (I nagroda) śpiewaczka Danuta Kaczmarek z Lubochni. I jest to niewątpliwie efekt ożywienia, jakie wniosło do kujawskiego regionu środowisko revival.

Złota muzyka Stanisławy Galicy-Górkiewicz z Bukowiny. Fot. K. Kuzko, WOK Lublin 2014

Oczkiem w głowie jurorów kazimierskiego Festiwalu jest konkurs kapel. Nic dziwnego, co roku jest on szczególnym świadectwem magnetyzmu tradycyjnej muzyki instrumentalnej, choć z ilością dobrych kapel bywa różnie. Ów magnetyzm, który jeśli się zdarza w odpowiedniej skali i mocy to przyciąga do grupowego jej wykonywania i pośrednio dowodzi jej siły oraz aktualności społecznej. Stanowi probierz jej popularności i potencjału w wymiarze regionalnym, a także ogólnopolskim. Triumfatorem 48 edycji konkursu w tej kategorii została muzyka Stanisławy Galicy-Górkiewicz z Bukowiny Tatrzańskiej. To fakt o szczególnej wymowie – pierwsza w historii Festiwalu Złota Baszta dla kapeli, w której prymistką jest kobieta, w dodatku uczennica innej, legendarnej muzykantki bukowińskiej – Dziadońki. Nie zawiodła też rzeszowska kapela Trzcinicoki, laureaci Złotej Baszty sprzed kilku lat. Pierwsze miejsce ex aequo zdobyli również: utytułowany, jedyny taki na Roztoczu mistrzowski duet Stanisława Głaza i Bronisława Rawskiego oraz radomska kapela Jana Wochniaka, znakomitego barabanisty, który notabene rokrocznie prym wiedzie jako tancerz na zabawach Klubu Tyndyryndy, a na sobotnim klubowym Jarmarku Instrumentów sprzedaje cenione bębenki swojego wyrobu. Wochniak grał w swojej karierze z najlepszymi radomskimi harmonistami, m.in. nie żyjącymi już Marianem Pełką i Stanisławem Stępniakiem. Wysokie drugie miejsce zajęła kapela Chłopcy z Nowoszyszek, uczniowie Franciszka Racisa, którzy dokooptowawszy do składu cymbalistę Pawła Grupkajtysa grają dawne nuty z Wileńszczyzny.

Jan Kępa z Bobrowca - bardzo ciekawy debiut na Festiwalu. Wielu zobaczyło w nim również cudowne zjawienie samego Oskara Kolberga w roku 2014, Roku, którego wszak był Patronem

Baszta w kategorii instrumentalistów powędrowała również na Podhale w ręce górala „jak z pocztówki” Piotra Majerczyka, multiinstrumentalisty – skrzypka i dudziarza, który zachwycił swoją biegłością warsztatową, wyczuciem stylu i wrażliwością, a też udowodnił, że folkowe przygody (kapela Siwy Dym) nie muszą wcale przeszkadzać w kultywowaniu żywej tradycji. Inny z kolei solista, laureat I miejsca Jan Kępa z racji swojego wyglądu szybko został ochrzczony mianem „Oskara Kolberga” (uderzające podobieństwo do patrona Roku 2014 plus rzadkie u skrzypków wiejskich: broda i okulary). Ten spadkobierca arcyciekawej tradycji skrzypcowej okolic Rzeczycy na Mazowszu Południowym (Meto, Skiba, Szafrański, Chaber, Walosek) powrócił do grania po wielu latach przerwy namówiony przez Ewę Sławińską-Dahlig. Również I miejscem nagrodzono Zdzisława Marczuka z Polesia Lubelskiego, zasłużonego skrzypka i wychowawcy młodych pokoleń. Zawsze doceniałem jego skrzypcowanie, choć ten styl nigdy mnie nie porywał, w tym roku Marczuk jednak w końcu mnie urzekł – grał jak natchniony. Spośród innych laureatów godzi się wymienić Józefa Różyńskiego – heligonistę z Bochni. Spodobał mi się też młody, odważny skrzypek z Radomia Mateusz Strzelecki, laureat II nagrody. To ciekawy przypadek (pasujący bardziej do kategorii „rekonstrukcji”) – w jego grze słychać wyraźnie klasyczne wykształcenie muzyczne, a przy tym dość swobodne operowanie ludowymi środkami ekspresji z ogrywaniem melodii włącznie. Pozwala to sobie wyobrazić kwartet smyczkowy, który wykonuje w ludowych manierach mazurki czy inne tańce polskie z historycznych zapisów, włącznie z barokowymi tabulaturami. Czy jest taki kwartet? Nie ma, a szkoda. Może Mateusz Strzelecki go stworzy?

Kapela z Trzcinicy w Klubie gra do tańca, 2014. Fot. Dariusz Anaszko, etnoserpent.pl

Podobnie jak Strzelecki czy Chłopcy z Nowoszyszek tak Małgorzata Makowska i Monika Dudek wśród śpiewaczek mogłyby być równie dobrze ozdobą kategorii rekonstrukcji. Zjawisko rekonstrukcji jest zresztą bardzo ciekawe samo w sobie. Tu tylko skreślę parę zdań na ten temat, ale wymagałoby ono dużo większej uwagi i osobnego tekstu. Poczynając już od stopnia trafności lub nietrafności samego terminu „rekonstrukcja” - bo może rekonstruktorzy kontynuują dotychczasową rzeczywistość kulturową (pytanie w jakim stopniu „ciągłą” wcześniej), tylko poszerzają jej granice czy jednak współtworzą już coś w rodzaju nowej hiperrzeczywistości? Przystępując do kazimierzowskiego konkursu podejmują oni różne decyzje (na poziomie rzekłbym ontologicznym nawet): część zgłasza się do kategorii „Folklor – rekonstrukcja”, część zgłasza się do kategorii dotąd zarezerwowanych dla tzw. artystów autentycznych. Ci drudzy dlaczego?
 - Bo w tym co robią czują się autentyczni; kiedy zaczynali proces poznawania i przyswajania tradycji, byli na zewnątrz niej (poza jej lokalną macierzą kulturową), jednak w trakcie tego procesu zauważyli, że zaczynają partycypować w tej wspólnocie i translokalizują ją (np. zżywając się ze swoimi wiejskimi mistrzami, będąc z nimi i z ich sztuką w stałym kontakcie), tak czy owak przeżywają więc nie tylko przygodę artystyczną, ale także tożsamościową; a siła etniczności jest duża i nie musi wcale objawiać się terytorialnie;
 - bo „przeniknięcie” do konkursowego grona „prawdziwych” ludowych artystów i poddanie się ocenie na równi z nimi i w ich sąsiedztwie nobilituje oraz stanowi nie lada wyzwanie
Oprócz wszystkich wymienionych już śpiewaczek (także na początku tekstu) wspomnę jeszcze te znane już z wcześniejszych festiwali, gdzie zdobywały najwyższe laury: Józefę Stasiuk z Chełmskiego oraz Janinę Chmiel z Roztocza, będące klasą samą w sobie. Dobrze wypadły według mnie też dwie solistki z Łódzkiego: naturalnie frazująca Janina Schab (I nagroda) oraz Stanisława Kazimiera Stańdo o lekkim i ładnym głosie (wyróżnienie).

Zespół śpiewaczy z Łukowej po raz trzeci zdobywa Złotą Basztę, 2008. Fot. Norbert Roztocki

Niezmiennie od lat dobrze się ma na Festiwalu kategoria zespołów śpiewaczych, których ilość organizatorzy muszą wręcz ograniczać z tej racji, że pochłaniają one zazwyczaj najwięcej czasu w przesłuchaniach konkursowych. Zespół śpiewaczy to jak wiadomo sztuczny konstrukt epoki PRL. Ale tylko częściowo, bo wyrastają one przecież z powszechnego kiedyś na wsi zwyczaju gromadnego śpiewu czy w czasie obrzędów czy wspólnych prac oraz z aktywności kulturalnej wiejskich kobiet. W latach 70-tych, w ramach polityki kulturalnej państwa postanowiono ten zanikający wówczas już w wielu miejscach zwyczaj, ale będący żywym jako dyspozycja, wykorzystać do stworzenia nowego formatu. Na bazie Kół Gospodyń Wiejskich powstawały jak grzyby po deszczu zespoły śpiewacze, które wyposażano w śpiewniki wypełnione w większości tekstami i uproszczonymi transkrypcjami piosenek ponadregionalnych i patriotycznych. Lokalne repertuary i style zapisane w mobilnych pamięciach przekazu ustnego lokowały się natomiast nisko w tej hierarchii dyktowanej państwowotwórczą perspektywą. Zmienił to w dużym stopniu Festiwal w Kazimierzu właśnie, który m.in. dzięki Jadwidze Sobieskiej, Janowi Stęszewskiemu czy Jerzemu Bartmińskiemu waloryzował te dawniejsze czy wręcz archaiczne warstwy folkloru. Chociaż część zespołów śpiewaczych w Polsce tak jak była, tak i pozostała poza kręgiem oddziaływania tej wizji i w Kazimierzu pojawiała się incydentalnie albo w ogóle. Nieco inną proweniencję miewają męskie grupy śpiewacze, to np. dawni kolędnicy kawalerscy, którzy po latach, kiedy są już bardziej „czasowi”, skrzykują się powodowani sentymentem i stworzoną przez lokalny dom kultury możliwością kultywowania folkloru. Mężczyźni garną się jednak do śpiewu zespołowego na wsi rzadko i tylko w niektórych regionach, a kiedy wygrywają w Kazimierzu można mówić o swoistym festiwalowym roku przestępnym. Tak było tego lata, co mnie cieszy – Basztę wyśpiewał zespół ze wsi Jastrzębia na Pogórzu Ciężkowickim. Poza tym wśród laureatów większość to wyróżniające się dobrym ześpiewaniem oraz ciekawym muzycznie i tekstowo repertuarem kobiece zespoły z tzw. ściany wschodniej: lubelskiego, podlaskiego i warmińsko-mazurskiego (Dorbozy, Blinów, Rozkopaczew, Malinniki, Mońki, Kowale Oleckie).

  
Krystyna Warkowska-Downarowicz ze Złotą Basztą (fot. K. Kuzko, WOK Lublin 2014) oraz tegoroczny najlepszy instrumentalista Piotr Majerczyk, który udanie debiutował w 1985 na Festiwalu jako nastoletni uczeń Jana Stocha z Zębu. Fot. W. Nowiński, WOK Lublin.

Jest kategoria festiwalu szczególnie ważna, a wprowadzona w 1976, to „Duży-Mały”. Bardzo ciekawe byłoby prześledzenie losów jej laureatów i uczestników. Wielu zapewne w swoim późniejszym dorosłym życiu nie miało i nie ma nic wspólnego z muzyką ludową. Była to jednorazowa przygoda, choć ważna i zapamiętana ciepło ze względu chociażby na wspomnienie babci czy dziadka. Są jednak dziś znani szerzej muzykanci, którzy swoje pierwsze szlify zdobywali właśnie tam: Krzysztof Trebunia-Tutka z Poronina (1982), Tomasz Kiciński i Rafał Zając z Bukówca (1983), czy Piotr Majerczyk z Poronina (1985) – tegoroczny laureat Złotej Baszty. Czy ci mniej znani, choć i potem aktywni na polu muzycznym jak np. Bernard Oczoś z Głogowa Małopolskiego (1983), uczeń wybitnego skrzypka Henryka Kretowicza, z którym jeszcze zdążył się namuzykować w rodzinnej kapeli Kretowiczów-Oczosiów. Laureatem pierwszego konkursu „Duży-Mały” w 1976 był zasłużony dziś dudziarz wielkopolski oraz nauczyciel gry na tym instrumencie Romuald Jędraszak, który zresztą już trzy lata wcześniej debiutował w kapeli w Kazimierzu i jako nagrodę wywiózł wtedy z Festiwalu materac dmuchany!
Nieprzypadkowo wymieniłem tylko instrumentalistów – przez lata część śpiewacza tej kategorii konkursowej stała zazwyczaj na dużo niższym poziomie, a od lat 90-tych prawdziwym utrapieniem jurorów stały się stare pieśni swingowane żabimi głosami przez nastolatki. Ta tendencja, choć wciąż obecna, zmienia się wyraźnie w ostatnich kilku latach czego dowodem w tym roku były np. uczennice „Jarzębiny” z Kocudzy - „Wisienki” czy „Szeszupiaki” z Rutki-Tartak na Suwalszczyźnie, Marcin Lićwinko z Zuzanną Kozłowską z Augustowa oraz Jadwiga Sawicka z wnukiem Piotrem Buzą z mazurskich Dubeninek. Instrumentaliści wciąż trzymają poziom: Szymon Bafia z uczniami z Zakopanego, Eugeniusz Kopera z Moniką Chudy z Trzciany podkarpackiej czy licznie reprezentowani co roku Wielkopolanie (w tym roku zwłaszcza Michał Umławski z uczniami oraz Jan Prządka z uczniami).

DiaBuBu z Łodzi. Fot. K. Kuzko, WOK Lublin 2014.

W kategorii „Folklor – rekonstrukcja”, o której pisałem już trochę wyżej, najwyższą nagrodę zdobyła stylowa kapela DiaBuBu z Łodzi w składzie: harmonia trzyrzędowa, skrzypce, baraban - trzech chłopaków grających muzykę łęczycką z wdziękiem i osobiście. Warty odnotowania, co jurorzy podsumowali II nagrodą, był występ lirniczki Katarzyny Wińskiej, która wydeptuje swoją indywidualną ścieżkę, nawiązując bezpośrednio do tradycji śpiewaków wędrownych. Podobnie oceniono Agnieszkę Łukasik z Janowa Lubelskiego, która już na jednym z poprzednich festiwali dała się zauważyć od najlepszej strony. Bardzo lubię jej barwę głosu, czystość śpiewu i muzykalność, jest godną następczynią mistrzyń śpiewu janowskiego (w tym Janiny Chmiel), ale jeszcze młodziutką, kształtującą się osobowością ze złotym głosem. Takim talentom warto stwarzać odpowiednie warunki rozwoju, co piszę w kontekście nieco słabszego jej występu, zwłaszcza mogła razić obecność zbyt „cyfrowo toczonych” ozdobników. Maciej Kocon, skrzypek z miasta, odtwarzający dawną nutę Powiśla Lubelskiego zagrał z bębnistą ze wsi Jerzym Nowickim. Takie łączone składy to coraz częstsze zjawisko. Warte wspierania (w tym przypadku III nagroda).

Nieuczekiwane spotkanie Stanisław Głaza, skrzypka z Dzwoli ze swoją uczennicą Pauliną Kinaszewską z Warszawy. Kazimierz 2014. Fot. Dariusz Anaszko, etnoserpent.pl

Festiwal w Kazimierzu jest świętem muzyki tradycyjnej. W wielu aspektach. Ale nie pomylę się chyba, jeśli powiem, że jego centrum stanowi spotkanie. Spotkanie artystów, miłośników, propagatorów i znawców tej kultury. Spotkanie ludzi z różnych regionów, na co dzień sobie obcych, a jak Festiwal pokazuje, również siebie ciekawych. Spotkanie członków lokalnych wspólnot i rodzin, tych, którzy pozostali na miejscu, w swojej małej ojczyźnie z tymi, którzy migrowali. Spotkanie wsi, miasteczka i miasta. Seniorów z młodzieżą. Formuła konkursowa, która długo organizowała całość Festiwalu, a która wciąż dominuje, oczywiście wyzwala emocje, podgrzewa nastroje i wzmaga intensywność tego krótkiego festiwalowego czasu. Ale w mojej ocenie nie jest niezbędna w takiej skali do tego spotkania. Dosyć naturalna dla rywalizujących zawsze ze sobą instrumentalistów, mniej dla śpiewaków, w śpiewaniu może nawet przeszkadzać. Poza tym jej sens zużywa się wraz z czasem. Wcześniej istniała duża potrzeba propagowania wzorców alternatywnych wobec jedynie słusznej stylizowanej estrady folklorystycznej. Przypomnijmy, że regulamin konkursu, który realizował ideę propagowania tych „najcenniejszych przekazów” w formie in crudo, jako wzorców, został wprowadzony w pełni w roku 1976. Dzisiaj niektóre jego założenia jak np. to o niedopuszczeniu akordeonu straciły sens. Wtedy chodziło o wydobycie z cienia tworzonego przez wszędobylski i kosmopolityczny akordeon tradycji gry na harmonii trzyrzędowej. Wyrzuciło to poza nawias Festiwalu wszystkich tych mistrzów akordeonu, którzy potrafili na nim grać zgodnie z lokalną stylistyką i repertuarem, a którzy już zdążyli w międzyczasie pomrzeć, albo są dziś leciwi (i wciąż nie mogą wziąć udziału w konkursie). Zdarzali się przecież mistrzowie tradycji, którzy ciekawie i znakomicie potrafili przełożyć dawny język i wyobraźnię muzyczną np. na saksofon czy gitarę elektryczną. Co z nimi? Czyż koniecznie, żeby wystąpić na Festiwalu, muszą się na stare lata uczyć na skrzypcach, skoro oberki w swojej młodości grali tak, że się na rzeczonej gitarze iskry sypały ? Festiwal nie powinien zamykać się na aktualizacje tradycji. A nie mówię tu przecież o dosłownie rozumianej współczesności, a o tej świeższej warstwie tradycji, chociażby z lat 50-70-tych XX wieku. Last but not least: Festiwal również nie potrafił sobie poradzić przez lata do dzisiaj z tak niezwykłą, tak bogatą i „polską” formą śpiewu jak przyśpiewka.

Okno na świat. Fot ze zbiorów In Crudo

Skoro festiwale dziś są jak odpusty czy jarmarki kiedyś, to Kazimierz powinien być też dla muzyki tradycyjnej takim szeroko otwartym oknem na świat. Tradycja zawsze czerpała od bliższych i dalszych sąsiadów, z kultur: żydowskiej, niemieckiej, słowackiej, węgierskiej, łemkowskiej, ukraińskiej, białoruskiej i litewskiej. A także z wielkiej płytoteki międzynarodowych szlagierów ery preglobalistycznej. Wbrew pewnym stereotypom o izolacjonizmie wspólnot wiejskich w czasie odpustów, jarmarków, a zwłaszcza służby wojskowej, migracji „za chlebem” itp. wymiana kulturowa mogła następować w zadziwiająco szerokiej geograficznie skali. Całokształt kontekstów muzyki tradycyjnej, w tym jej użytkowość (taniec, życie duchowe) jest uwzględniana na Festiwalu w mojej ocenie wciąż w zbyt małym stopniu. Poza tym też skoro cenimy muzykę tradycyjną w Polsce jako bogatą i ciekawą dlaczego nie chcemy jej pokazać światu, pochwalić się nią? Dlaczego zakładamy, że muzykolodzy, etnografowie, dziennikarze muzyczni, czy zwyczajni miłośnicy muzyki etno ze świata, także polonusi, nie zechcą przyjechać do Kazimierza?

W czerwcu 2014 ukazała się płyta z muzyką graną do tańca w Klubie Festiwalowym. Całość została sfinansowana dzięki internetowej zbiórce publicznej i wydana w wydawnictwie In Crudo. Nakład rozszedł się w kilka miesięcy. Grają wspólnie i obok siebie muzykanci "ze wsi" oraz ich uczniowie "z miasta". Najstarszy to skrzypek Tadeusz Kubiak z Mchowic (ur. 1923), najmłodsza to skrzypaczka z Warszawy Julia Migdalska (ur. 2000). Tu do odsłuchania oberek Piotra Gacy, grają z nim Joanna Strelnik i Agnieszka Niwińska

Kapitał kompetencji i środków ku temu, żeby te wszystkie zmiany rozszerzające dalej formułę Festiwalu i promujące go przeprowadzić, jest duży wśród jego twórców i opiekunów – począwszy od organizatorów Festiwalu czyli lubelskiego WOK, jurorów, Polskiego Radia RCKL, animatorów lokalnych i centralnych, instytucjonalnych i pozarządowych a na władzach Kazimierza, Województwa Lubelskiego czy państwowych skończywszy. Obyśmy nie popełnili zaniechania wobec potencjału tej muzyki i jej twórców. Teraz czekają nas w związku z jubileuszem Festiwalu w 2016 dwa lata tłuste, Festiwal jest można powiedzieć, skazany na sukces. Ale co potem?

Remek Mazur-Hanaj

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz